poniedziałek, 4 grudnia 2017

Współrzędne



Zakazane słowa. Te, które otrząsają z niepewności. Te, które mogą umiejscowić. Gdzieś. Na osi czasu. Na scenie życia. Pieką w podniebienie. Palą krtań.


Rozmowa jak dym z papierosa, którego smaku już niemal nie pamiętam, unosi się w powietrzu. Czuć jej ciężar. Jest ciągle niema. Odpowiedzi niewypowiedziane stanowią w swojej ciszy czytelny rezonans.
Tu i teraz.

Tu- to takie śmieszne, przenośne miejsce, które jest zawsze tam gdzie Ty.
Teraz- zabawnie ulotna chwila, zanim skończysz ją wypowiadać staje się przeszłością.


Poza granicami "tu" nie istniejemy. Poza brzegami "teraz" nie będzie nas. Bo nigdy nas nie było.


Tu nie stanie się nic więcej.

Teraz nie będzie przewlekłe.



Już to wiem.



poniedziałek, 30 października 2017

Ulotne...



-Kim dla Ciebie jestem?
-Najbliższą mi osobą. Na tę chwilę.


Kiedy zaczynasz rozumieć, że zawsze, zawsze już będziesz tylko tłem. Alternatywą. Z czasem otwierasz szerzej oczy. Budzisz się powoli ze snu. I dostrzegasz. Że na dłuższą chwilę nie masz dla kogoś znaczenia. Nie mieścisz się w długodystansowych ramach. Zawadzasz.

Kwiaty wtedy więdną.
Jak serca.


Są dwie drogi. Każda z nich wymaga pewnego wyrzeczenia. Ta pierwsza jest krótka. Odcinasz ostrym nożem to, co ściąga Cię na dno.To, co wciska Cię w tło. Umniejsza Ciebie w sobie. Zabija wiarę.
W siebie.
Wyrzekasz się kogoś.

Ta druga jest stroma i dłuższa. Akceptujesz to, że nigdy nie będziesz priorytetem. I w milczeniu czekasz. Aż chwila przeminie. Zagryzasz wargi i udajesz. Że chwila wystarcza. Rezygnujesz
z godności.
Wyrzekasz się siebie.


Stoję teraz na rozstaju. I wciąż nie wiem, w którą stronę pójść. Pierwsza strona zabiera wiele dobrego. Ale boli krótko. Druga strona wymaga ogromnej pracy. Spacer nią może nieustannie ranić stopy.
A przecież już nauczyłam się odchodzić. A teraz stoję tutaj i znów nie wiem. Stoję i wypatruję. Horyzontu znaczeń.

O kant dupy! Taki ze mną interes.


Potrzebuję przytulenia jak ochronnego koca. Potrzebuję przytulenia, które nauczy mnie, że miłość może budować, a nie niszczyć. Uskrzydlać, a nie zamykać w klatce. Mimo wszystko. Choćby na jeden moment. Choćby na siłę.

Odwracasz się plecami.




sobota, 28 października 2017

Zamiast.



Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Jakie zajmuję miejsce? Czy zawsze moje rany bedą krwawić mniej intensywną czerwienią?

Znalazłeś słowa najmocniejsze. Z najostrzejszym akcentem. Słowa, które jak nóż się wbiły pod moje żebro lewe. Pierwsze z brzegu. Znalazłeś słowa okrutne. O nienawistnym spojrzeniu. Słowa toczące pianę z pyska. Słowa, które tworzą zdanie, jakie ma Cię zabić we mnie.

Choć nie przypuszczałam, że kiedykolwiek w życiu ponownie je usłyszę.



Dlaczego mam być zawsze wyłącznie...

Zamiast.

Znów jestem transparentna. Moje myśli nieistotne. Moje nienajlepsze samopoczunie najmniej znaczące w całym tym tłoku. To zbyt krótka chwila, by nabrało wartości. Jak długo muszę trwać nieobecna by stało się dostrzegalne. Jak boli we mnie. Jak uderza.
Czy muszę już  zawsze godzić się z tą trzecią? Tą, która we mnie. Tą, która mną. A jeśli nadal nie chcę? A jeśli ten dzień był tym ostatnim? A jeśli...? Jeżeli...?

Bo gdyby tak...

Nic nie szkodzi. 

Prawda?


sobota, 7 października 2017

Nieparzyście.



Kobiety są wrednymi, histerycznymi sukami, które wkręcaja się w jakiś temat bez powodu.

Kobiety są ciepłe, oddane, czułe, troskliwe i robią: MIAU.


Co powoduje przejście ze stanu dwa do stanu jeden?


Niepewność.



Są trzy okoliczności, które przypominają jak smakuje ból samotności. Nawet ten pozornie nieobecy. Starannie ukryty. Zakopany pod skórą, głęboko pod tkankami. Okryty szczelnie czyjąś obecnością.
W sercu. Otulony ciepłem. Pulsującej krwi.
Wydzierają go na zewnątrz. Wyszarpują z najgłębszych zakamarków człowieka. Sycą nim powietrze. Potęgują.
Są trzy okoliczności, które każą myśleć. Intensywnie, do kości.

Choroba.
Urodziny.
Święta.


Szczególnie wówczas, kiedy miejsce obok już niby zajęte, a jednak puste...



Uwiera mnie ta sytuacja.

Cholernie uwiera w całego człowieka.


poniedziałek, 18 września 2017

Niech tym razem nie więdną.



W mojej prywatnej rzeczywistości znów goszczą kwiaty. Czuję ich zapach. Napawam się.
Obserwuję.
Zlękniona przed hukiem powodowanym upadającymi płatkami. Niesionymi oddechem.

Cisza.


Teraz już wiem, że trzeba nauczyć się odchodzić. Od tego co zamyka w nas płatki róż. Od ludzi. Od tego, co brutalnie nas niszczy. Albo delikatnie, po trochę, na raty. Też. Od wszystkiego, przy czym nie rozkwitamy. Od tego, co zamyka nas w kropce. Tak małej, że nie sposób w niej rozprostować skrzydeł. Od miejsc. Przykrych, niematerlianych, konkretnie zlokalizowanych, namacalnych, niezrównoważonych.

Trzeba również nauczyć się przychodzić. Odwiedzać inne miejsca. Ciepłe, burzowe, zatłoczone i samotne. Dawać szanse innym lokalizacjom. Otwierać się z klucza. Na mapę świata, na kolejne serca.

Być może po to, by zaznać raju na Ziemi.

Być może po to, by dostać po mordzie.



niedziela, 3 września 2017

Nuovo Nato




Zdarza mi się czasem wyskoczyć z samej siebie.
Stanąć w pewnej odległości i patrzeć. Przyglądać się.
Za pomocą nie swoich oczu, ale dzięki komuś kto ma głębokie spojrzenie. Komuś, bez kogo Ziemia byłaby głucha i pusta. Taki ktoś przychodzi z pomocą, z ciepłym słowem w herbacie, z szeptem ust. Bandażuje rany. Patrzy pięknie i głęboko w oczy. Drży przy sercu.
Patrzy we mnie i tym spojrzeniem swoim pomaga mi zobaczyć więcej.
Bo znam siebie.
Tylko całkiem już prawie zapomniałam.
Jestem na drodze do tego kogoś, kto tam gdzieś na mnie czeka, a kim jestem.

Albo kiedyś będę.

Na nowo.

Spoglądam za okno. Pada deszcz. Zamyślam się.

To co mam jest takie niewyraźne. To czego chcę- takie dalekie.
Ale prawda- już nie nieosiągalne.

W to właśnie wierzę teraz dzięki Tobie.

Dziękuję.


Spokojna w Jego ramionach, wyciszona jak nigdy przedtem i już nigdy do końca- jedyna mi pewna wiedza. To On mnie uchwycił w pół słowa i nie pozwolił krzyknąć. To On złapał za rękę, kiedy już stałam nad przepaścią. Przywrócił mnie życiu, choć nie ma o tym pojęcia. Jakie to niesamowicie istotne, że właśnie wtedy, właśnie tam stał. Przywrócił mnie mojemu miastu, ludziom, których kochałam. Dla niego pobiegłam spod lodu. Jemu pozwoliłam wydmuchnąć śnieg z serca. Zrzuciłam maskę.

Zmartwychwstałam.






wtorek, 13 września 2016

Towarzysząca



Osoba. Człowieka o twarzy jeszcze wczoraj zupełnie obcej. Do pary, nie do pary, do ozdoby. To nic, myślę sobie. Co mi tam.
Tam, gdzie niebawem miałam uświetniać swoją obecnością zabawę zostałam ponownie zastąpiona. Kimś 'lepszym'. Kimkolwiek. Wszystko było gotowe, niech się nie zmarnuje, myślę sobie. Co mi tam.

Przyjmuję propozycję. Jest to biorę, bo co mam nie brać.
Ubieram 'małą czarną', wysokie szpilki, rozpuszczam długie już znowu włosy.

Wiele kilometrów póżniej ktoś dostrzega we mnie podobieństwo do pewnej kobiety ze szklanego ekranu. I siędzę. Jak ten miś na Krupówkach, z którym trzaskają sobie zdjęcia.

Na wprost mnie człowiek w kilcie o twarzy mojej babci. Dybuk. O tych rysach, jakie malowały się tuż przed śmiercią. Zapadłe policzki, duże oczy, posiwiały włos. Uśmiecha się stale do mnie. Ona nigdy się nie uśmiechała.

Po prawej postać o rajskim uśmiechu Morza Południowochińskiego. Pierwszy raz pije wódkę. Nie smakuje jej. Ale się nie poddaje. Nie wie jeszcze, że popijanie jej półwytrawnym winem z kyształowego kieliszka nazajutrz okaże się nienajlepszym pomysłem.

No i Isabelle. Produkt importowany prosto z Paryża. Powabny, pachnący, niezwykle lekki. Nie mówi wyłącznie wtedy, kiedy zaspakaja głód.

Każdy chce mieć pamiątkę. Uśmiecham się. Nie pozuję. Czuję dyskomfort. Nie chcę tu być. Nie chcę tych rąk, które wzywają do tańca. Które z każdą godziną chcą być bliżej mnie. De plus près. Bardziej i bardziej. Nie chcę tych rąk. I myślę, że tamte dłonie też za kilka dni w analogicznej sytuacji będą chciały być bliżej i bliżej. Ne me touchez pas. Moje miejsce miało być puste. Ale jestem. Okrywam je swoją obecnością. Nulle part où aller? Uciekam. Choćby na chwilę, choćby na fajkę. Tańczę. La petit danseur. Zachłannie wychylam szklany puchar wypełniony winem. Uzupełniam. Niech będzie mi lepiej. Ne contribue pas. Jestem zmęczona byciem miłą. Uśmiechem. Nie chcę już być do ozdoby. Nigdy. Jamais!

I niech w końcu przyniosą jej coś do jedzenia.