sobota, 7 października 2017

Nieparzyście.



Kobiety są wrednymi, histerycznymi sukami, które wkręcaja się w jakiś temat bez powodu.

Kobiety są ciepłe, oddane, czułe, troskliwe i robią: MIAU.


Co powoduje przejście ze stanu dwa do stanu jeden?


Niepewność.



Są trzy okoliczności, które przypominają jak smakuje ból samotności. Nawet ten pozornie nieobecy. Starannie ukryty. Zakopany pod skórą, głęboko pod tkankami. Okryty szczelnie czyjąś obecnością.
W sercu. Otulony ciepłem. Pulsującej krwi.
Wydzierają go na zewnątrz. Wyszarpują z najgłębszych zakamarków człowieka. Sycą nim powietrze. Potęgują.
Są trzy okoliczności, które każą myśleć. Intensywnie, do kości.

Choroba.
Urodziny.
Święta.


Szczególnie wówczas, kiedy miejsce obok już niby zajęte, a jednak puste...



Uwiera mnie ta sytuacja.

Cholernie uwiera w całego człowieka.


poniedziałek, 18 września 2017

Niech tym razem nie więdną.



W mojej prywatnej rzeczywistości znów goszczą kwiaty. Czuję ich zapach. Napawam się.
Obserwuję.
Zlękniona przed hukiem powodowanym upadającymi płatkami. Niesionymi oddechem.

Cisza.


Teraz już wiem, że trzeba nauczyć się odchodzić. Od tego co zamyka w nas płatki róż. Od ludzi. Od tego, co brutalnie nas niszczy. Albo delikatnie, po trochę, na raty. Też. Od wszystkiego, przy czym nie rozkwitamy. Od tego, co zamyka nas w kropce. Tak małej, że nie sposób w niej rozprostować skrzydeł. Od miejsc. Przykrych, niematerlianych, konkretnie zlokalizowanych, namacalnych, niezrównoważonych.

Trzeba również nauczyć się przychodzić. Odwiedzać inne miejsca. Ciepłe, burzowe, zatłoczone i samotne. Dawać szanse innym lokalizacjom. Otwierać się z klucza. Na mapę świata, na kolejne serca.

Być może po to, by zaznać raju na Ziemi.

Być może po to, by dostać po mordzie.



niedziela, 3 września 2017

Nuovo Nato




Zdarza mi się czasem wyskoczyć z samej siebie.
Stanąć w pewnej odległości i patrzeć. Przyglądać się.
Za pomocą nie swoich oczu, ale dzięki komuś kto ma głębokie spojrzenie. Komuś, bez kogo Ziemia byłaby głucha i pusta. Taki ktoś przychodzi z pomocą, z ciepłym słowem w herbacie, z szeptem ust. Bandażuje rany. Patrzy pięknie i głęboko w oczy. Drży przy sercu.
Patrzy we mnie i tym spojrzeniem swoim pomaga mi zobaczyć więcej.
Bo znam siebie.
Tylko całkiem już prawie zapomniałam.
Jestem na drodze do tego kogoś, kto tam gdzieś na mnie czeka, a kim jestem.

Albo kiedyś będę.

Na nowo.

Spoglądam za okno. Pada deszcz. Zamyślam się.

To co mam jest takie niewyraźne. To czego chcę- takie dalekie.
Ale prawda- już nie nieosiągalne.

W to właśnie wierzę teraz dzięki Tobie.

Dziękuję.


Spokojna w Jego ramionach, wyciszona jak nigdy przedtem i już nigdy do końca- jedyna mi pewna wiedza. To On mnie uchwycił w pół słowa i nie pozwolił krzyknąć. To On złapał za rękę, kiedy już stałam nad przepaścią. Przywrócił mnie życiu, choć nie ma o tym pojęcia. Jakie to niesamowicie istotne, że właśnie wtedy, właśnie tam stał. Przywrócił mnie mojemu miastu, ludziom, których kochałam. Dla niego pobiegłam spod lodu. Jemu pozwoliłam wydmuchnąć śnieg z serca. Zrzuciłam maskę.

Zmartwychwstałam.






wtorek, 13 września 2016

Towarzysząca



Osoba. Człowieka o twarzy jeszcze wczoraj zupełnie obcej. Do pary, nie do pary, do ozdoby. To nic, myślę sobie. Co mi tam.
Tam, gdzie niebawem miałam uświetniać swoją obecnością zabawę zostałam ponownie zastąpiona. Kimś 'lepszym'. Kimkolwiek. Wszystko było gotowe, niech się nie zmarnuje, myślę sobie. Co mi tam.

Przyjmuję propozycję. Jest to biorę, bo co mam nie brać.
Ubieram 'małą czarną', wysokie szpilki, rozpuszczam długie już znowu włosy.

Wiele kilometrów póżniej ktoś dostrzega we mnie podobieństwo do pewnej kobiety ze szklanego ekranu. I siędzę. Jak ten miś na Krupówkach, z którym trzaskają sobie zdjęcia.

Na wprost mnie człowiek w kilcie o twarzy mojej babci. Dybuk. O tych rysach, jakie malowały się tuż przed śmiercią. Zapadłe policzki, duże oczy, posiwiały włos. Uśmiecha się stale do mnie. Ona nigdy się nie uśmiechała.

Po prawej postać o rajskim uśmiechu Morza Południowochińskiego. Pierwszy raz pije wódkę. Nie smakuje jej. Ale się nie poddaje. Nie wie jeszcze, że popijanie jej półwytrawnym winem z kyształowego kieliszka nazajutrz okaże się nienajlepszym pomysłem.

No i Isabelle. Produkt importowany prosto z Paryża. Powabny, pachnący, niezwykle lekki. Nie mówi wyłącznie wtedy, kiedy zaspakaja głód.

Każdy chce mieć pamiątkę. Uśmiecham się. Nie pozuję. Czuję dyskomfort. Nie chcę tu być. Nie chcę tych rąk, które wzywają do tańca. Które z każdą godziną chcą być bliżej mnie. De plus près. Bardziej i bardziej. Nie chcę tych rąk. I myślę, że tamte dłonie też za kilka dni w analogicznej sytuacji będą chciały być bliżej i bliżej. Ne me touchez pas. Moje miejsce miało być puste. Ale jestem. Okrywam je swoją obecnością. Nulle part où aller? Uciekam. Choćby na chwilę, choćby na fajkę. Tańczę. La petit danseur. Zachłannie wychylam szklany puchar wypełniony winem. Uzupełniam. Niech będzie mi lepiej. Ne contribue pas. Jestem zmęczona byciem miłą. Uśmiechem. Nie chcę już być do ozdoby. Nigdy. Jamais!

I niech w końcu przyniosą jej coś do jedzenia.

środa, 31 sierpnia 2016

...



czasami bywam zupełnie niczym
zsuwam rolety, by nikt nie widział
czasami nie chcę księżyca
ani lampki wina

echem o ściany ta pustka
zamyślona i głucha
nie szukam nikogo w sobie
nie szukam nawet człowieka

i wcale nie jest mi dobrze
upadam



by się dźwigać



wtorek, 3 maja 2016

Ale sza... żeby nie zape-sza-ć



A ta burza, która tamtej nocy grzmiała nad nami. Ta, która nocą przeszła przez miasto. Nie rozwaliła nam żadnego drzewa. Wszystko na swoim miejscu zastałam, po przebudzeniu, rano.
Ani śladu.

Dziwne to.

Chyba się przyzwyczaiłam do tych wewnętrznych gromów.

Albo jestem zwykłą defetystką.

Wbrew pozorom niewymownie się cieszę. I chcę. Utrzymać ten stan.






czwartek, 28 kwietnia 2016

Biomet niekorzystny.



Znów padał śnieg. I moje buty znów całkiem przemoczone. Po kilku godzinach nasiąkania wodą moje stopy straciły swój pierwotny kształt. Moje życie straciło go dawno...

A gdyby tak ktoś, w tę wiosenną mroźną noc sprówbował. Chwycić dłoń. Ogrzać oddechem. Wydmuchać śnieg z serca. A gdyby tak ktoś, przy tym niesprzyjającym froncie spróbował. Powiedzieć, że elfy bywają miłe...

Nieśmiałe słońce rozcinające ciągle ostre od chłodu powietrze przypomina mi.... Widzę te obrazy. Niby ciepłe z pozoru. Jednak po wnikliwym obejrzeniu w chłodnych w istocie barwach. Wpatruję się.
I dostrzegam. Front okluzji. Ziarnistość kliszy.

Kiedy przekraczam próg czując jeszcze oddech na karku, a jedynym co pozostało jest szum zjeżdżającej windy. Zastanawiam się. Kim jestem. Że tak łatwo mnie przekreślić. Marznącym deszczem. Temperatura płynów życiowych we mnie rośnie burzona potraktowaną mnie ignorancją.

I nie wiem, jaka prognoza na jutro. Czy słońce zza chmur? Czy może kolejna burza?
A może bezruch. I tylko ognie św. Elma. Nad nami.


Nie można tkwić w miejscu. Trzeba wciąż iść do przodu. Tylko te stopy... jakby upośledzone.